Posted in Moja historia, POLSKI

Moja historia jako przykład edukacyjny.

Kiedy próbuję ustalić moment, od którego zaczęły się moje problemy zdrowotne, dochodzę do wniosku, że tak naprawdę nigdy nie funkcjonowałam optymalnie, nawet w młodości. Wtedy mało było słodyczy w zasięgu, ale żyłam generalnie na nabiale i pieczywie, więc trudno się dziwić, że wiecznie miałam jakieś dolegliwości i niedyspozycje, choć żadnej konkretnej choroby.
Już jako osoba dorosła, około trzydziestki, miałam kilkuletni epizod silnego uzależnienia od słodyczy, który zrujnował mój organizm, ale nadal jakoś funkcjonowałam (z naciskiem na „jakoś”). To był proces, nie nagła zmiana, więc i mój organizm dostosowywał się wszelkimi dostępnymi środkami, i ja również dostosowywałam się do coraz większego ogólnego dyskomfortu pod względem funkcjonowania i wyglądu. To był taki powolny zjazd równią pochyłą w dół w stałym tempie.
rok 2001
Problemy zaczęły się w momencie, kiedy w tym procesie nastąpiła znacząca zmiana – postanowiłam zainwestować w zdrowie i za namową znajomego zaczęłam używać oczyszczającego preparatu ziołowego Alveo firmy Akuna. Pamiętam, że najpierw przez miesiąc toksyny zauważalnie wychodziły przez moją skórę, a potem dostałam skrzydeł. Poprawiła mi się kondycja i skóra, przybyło energii, przestałam mieć wieczną chrypkę. Czułam się świetnie, ale wyglądałam nie najlepiej (ewidentny objaw deficytu witamin B), więc dostałam suplement witamin A+E na wypięknienie (antagoniści witamin B). A że jadłam wtedy głównie nabiał i słodycze (mnóstwo witamin B zużytych na trawienie, bezpowrotnie) i poszłam do nowej bardzo stresującej pracy (dodatkowy ubytek magnezu), więc nic dziwnego, że po 4 miesiącach rabowania witamin B na wiele sposobów dostałam pokrzywki. Następne dwa lata różni specjaliści leczyli mnie bez najmniejszego powodzenia – pokrzywkę miałam po zjedzeniu czegokolwiek, codziennie, na całym ciele; czasem wstawałam z obrzękiem Quinckego na twarzy, który uniemożliwiał mi wyjście z domu, a swędzenie i napięcie psychiczne towarzyszyło mi praktycznie bez przerwy, to był prawdziwy koszmar. Żadne leki nie przynosiły ulgi ani poprawy, ze sterydami włącznie. Jadłam już wtedy ostrożniej, ale jakiekolwiek dostarczone z jedzeniem witaminy B szły na neutralizację całej tej chemii, którą łykałam, więc nie miałam szans na zmianę tej sytuacji.
rok 2003
Po dwóch latach pokrzywka przeszła mi nagle i niespodziewanie w ciągu jednego tygodnia i nikt, ze mną włącznie, nie wiedział dlaczego. Dopiero znacznie później skojarzyłam, że stało się to po leku antygrzybiczym, który dosłownie wyłudziłam na zakażony przytrzaśnięty paznokieć. Po prostu organizm został na moment odciążony od części Candidy, wydzielanie jej toksyn nagle się zmniejszyło, więc zniknęły też objawy przeciążenia nimi nerek – bo tym właśnie jest pokrzywka. Candidy się oczywiście całkowicie nie pozbyłam, ale mój organizm zaczął sobie radzić bez produkowania alarmujących objawów, więc znowu „jakoś” funkcjonowałam przez następne pięć lat, a Candida rozrastała się w tle.
rok 2008
Pamięć o pokrzywce się zacierała, powoli wracały stare nawyki żywieniowe i w końcu sytuacja się powtórzyła – znowu był czas, kiedy jadłam mało warzyw, dużo słodyczy, i suplementowałam preparaty „na urodę” z A i E, bo stan mojej skóry się pogarszał, no i znowu dostałam pokrzywki. Już wiedziałam, że lekarze mi nie pomogą, więc musiałam pomóc sobie sama. Znalazłam forum osób dotkniętych pokrzywką i przeanalizowałam wszystko z czym wiązali wystąpienie objawów, szukając wspólnego mianownika. Dosłownie rozkładałam każdą wskazaną substancję na atomy i śledziłam mechanizmy jej działania, wgryzałam się w biochemię, na której zupełnie się nie znam, bo wierzyłam, że musi być jakiś zapalnik, wyzwalacz tej reakcji. Wyszło mi, że może nim być brak magnezu. Tak jest w istocie, pokrzywka to rodzaj alergii na toksyny Candidy, kiedy układ oczyszczania działa (technicznie, wątroba i nerki są sprawne), ale organizm nie może zneutralizować toksyn z braku środków, magnezu i wapnia; w odpowiedzi na silnie alkalizujące pokarmy (koktajle, soki, nawet woda alkaliczna czy jaglanka) prowokujące dodatkowe uwolnienie toksyn Candidy i nienadążanie narządów z wydalaniem tych toksyn pojawia się reakcja organizmu tzw. Herx, w tym przypadku pokrzywka. Tylko że wtedy nie wiedziałam nic o Candidzie, alkalizacji, magnezie i systemie oczyszczania organizmu, co spowodowało dość dramatyczny przebieg wypadków.
Otóż chcąc sprawdzić swoją hipotezę przyjęłam rano magnez w dużej dawce (bez witaminy B6), a nie czując żadnych efektów tej suplementacji dołożyłam kolejną dawkę po południu. Nic się nie działo do wieczora, a potem nagle wystąpiły przerażające sensacje w postaci mocno przyspieszonego bicia sera, sztywnienia mięśni, pocenia się, szumu w uszach – w skrócie miałam wrażenie, że umieram. Instynktownie sięgnęłam po wodę, w miarę picia objawy przycichały, bo magnez zaczął być usuwany z moczem. Kolejnego wieczoru sytuacja się powtórzyła jak echo, mimo, że nie brałam już magnezu. Przypominało to reakcję anafilaktyczną, więc wysnułam wniosek, że jestem uczulona na magnez z suplementów i przeszłam na wysokomagnezową dietę opartą na produktach naturalnych jak kasza gryczana czy orzechy. Wieczorna reakcja mojego organizmu była podobna, niewiele słabsza, i kolejnego wieczoru się powtórzyła mimo rezygnacji z wysokomagnezowych produktów. Te kilka prób doprowadziło mnie do stanu przedtężyczkowego – byłam słaba jak schorowana stulatka, mięśnie mi sztywniały, miałam problemy z wejściem po schodach, każdego wieczora czułam się źle i bałam się już jeść cokolwiek; przerażenie swoim stanem jeszcze bardziej mnie paraliżowało. Ale nie na tyle, żeby oddać się w ręce lekarzy – po prostu już nie wierzyłam, że mogą mi pomóc. Zrozumiałam wtedy, że magnez przyswaja się wieczorem, i że z jakiejś przyczyny mój organizm tego nie potrafi, i wydala go więcej niż ja dostarczam, bo mój stan się pogarsza. Rozpaczliwie szukałam tej przyczyny, i znalazłam informację, że magnez do przyswojenia się potrzebuje witaminy B6. I dzięki suplementacji tej B6, samej jednej, po około miesiącu zaczęłam funkcjonować normalnie. Wydawało mi się, że mam wytrych, dzięki któremu mogę sobie pozwolić na powrót starych nawyków żywieniowych, ale boleśnie się rozczarowałam. Szukając odpowiedzi na pytanie, dlaczego witamina B6 raz działa, a raz nie, odkryłam kwestię pH jedzenia, a zaraz potem Candidy. Wtedy chyba po raz pierwszy zrozumiałam, że mam kontrolę nad swoim stanem, ale że bez ograniczeń i świadomych wyborów nie wyjdę z tego błędnego koła. Zaczęłam jeść zdrowiej, i po paru miesiącach wyszłam na prostą, dodatkowo wolna od słodyczy, kawy i alkoholu. Przy bardzo rygorystycznej diecie czułam się bardzo dobrze i wyglądałam lepiej niż kiedykolwiek wcześniej, ale każde odstępstwo natychmiast skutkowało pogorszeniem, które już nie mijało, stawało się stanem bieżącym. W ten sposób na przestrzeni kilku lat mój stan i komfort stale się pogarszał. Nie mogłam wrócić do optymalnego funkcjonowania, co mnie demotywowało, a jak przestawałam się starać, to funkcjonowałam jeszcze gorzej. Dziś wiem, że to objaw charakterystyczny dla Candidy – łatwo jest zużyć witaminy B i substancje od nich zależne do ograniczenia przerostu Candidy, co pozwala na chwilowe odczuwalnie lepsze funkcjonowanie, ale niezmiernie trudno jest przypadkiem uzupełnić ten deficyt, przez co organizm słabnie po każdym wyzwaniu, a Candida się rozwija.
rok 2015
Po siedmiu latach od pojawienia się drugiej pokrzywki (czyli czternastu od pierwszej!) znowu znalazłam się w tak dużym dyskomforcie fizycznym, że zmuszona byłam to zauważyć. Nie była to pokrzywka, ale mój organizm silnie reagował na wszystko co niezdrowe, i prawie w ogóle na to, co zdrowe – ogólnie czułam się coraz gorzej, więc postanowiłam podjąć jakieś radykalne środki, żeby to zmienić. W sierpniu zrobiłam pierwszy w życiu tygodniowy detoks jaglany, który przeszłam nie bezboleśnie (z typowymi dla zakwaszenia objawami), ale bez większych problemów. Mój organizm zbuntował się całkowicie dopiero po przejściu na detoks warzywny, więc po trzech dniach zrezygnowałam – to był wyraźny sygnał, że bez dostarczania witamin B z jaglanki mój organizm dramatycznie nie radzi sobie z neutralizacją toksyn Candidy. Po zakończeniu detoksu czułam się lepiej, bo na skutek długotrwałej alkalizacji sporo Candidy zabiłam i usunęłam, ale wyglądałam gorzej, bardzo schudłam – był to objaw typowy dla pogłębionego deficytu witamin B i substancji od nich zależnych. Wtedy jednak tego nie wiedziałam, i zaraz we wrześniu zrobiłam detoks gruntowny (Colo Vada). Dzięki suplementom odciążającym witaminy B w trawieniu i detoksykacji i po detoksie jaglanym, który już odciążył mój organizm czułam się dobrze i przeszłam detoks lekko pod względem fizycznym. Pogłębiony deficyt B spowodował jednak dalszą utratę wagi i bardzo mizerny wygląd, bo organizm dokonał kolejnego wysiłku ponad siły: było lżej, bo znowu usunęłam część Candidy, ale nie łatwiej, bo organizm stracił również kolejną część zasobów.
Wierząc, że moje zdrowie i samopoczucie zależy od siły, z jaką atakuję Candidę, zaraz potem zafundowałam sobie program antygrzybiczy oparty na Pau d’Arco i probiotykach. Początkowo nie czułam żadnych niepokojących objawów poza lekkim zakwaszeniem, wydawało mi się, że mój organizm nadąża z detoksykacją po oczyszczeniu, nie zrozumiałam ostrzeżenia. Chcąc wzmocnić efekt, dorzuciłam spirulinę i inny preparat ziołowy (Lax Max) – i natychmiast zaczęłam mieć poważne problemy z trawieniem, głównie straszne wzdęcia, kłucia w nadbrzuszu. Bitwa o za krótką kołdrę przybrała na sile – witaminy B były potrzebne do detoksykacji i do trawienia, brakowało i tu, i tu, odbiło się na pracy trzustki i wątroby – charakterystycznie nie trawiłam tłuszczy, nawet zdrowego awokado. To był koszt trzymiesięcznej walki z Candidą, takie Pyrrusowe zwycięstwo: bez wątpienia ją ograniczyłam, ale przestawałam funkcjonować.
Ale wtedy myślałam inaczej i doszłam wtedy do wniosku, że przyczyną (czy konsekwencją wielu takich wcześniejszych stanów) są kamienie żółciowe, częste u kobiet w mojej rodzinie, i bez potwierdzania diagnozy badaniami zaczęłam ich rozpuszczanie metodą polecaną przez Jerzego Ziębę (posiłki z tłuszczem plus herbatka żółciopędna). Od siebie dołożyłam Assimilator – preparat z enzymami – do każdego posiłku, żeby wspomóc trawienie dodatkowo. Z jednej strony natychmiast pozbyłam się problemów z trawieniem (a po niecałych trzech miesiącach również sporego kamienia, prawdopodobnie z dwunastnicy) i przez systematyczne wspieranie trawienia stale oszczędzałam witaminy B, co natychmiast odbiło się pozytywnie na moim funkcjonowaniu i wyglądzie. Z drugiej strony jednak przeoczyłam fakt, że Assimilator zawiera nie tylko enzymy, ale także witaminy A i D, które przyjmowałam w ten sposób w wysokich dawkach. Z powodu deficytu witamin B na pewno miałam też niedobór A i D, więc początkowo wsparcie tymi witaminami w komplecie dawało dobry efekt. Z czasem jednak zwiększała się nierównowaga. Witamina A się kumuluje i w nadmiarze jest toksyczna – mój organizm dostawał coraz większą ilość potencjalnej toksyny, której musiał się pozbywać; miałam w tym okresie ostro pomarańczowe wnętrza dłoni od nadmiaru beta karotenu (prowitaminy A) z jedzenia, którego organizm nie przetwarzał w witaminę A mimo korzystnych warunków – po prostu było jej w organizmie za dużo w stosunku do innych współpracujących z nią substancji. Witamina D z kolei bez witaminy K2 też raczej obciążała mój organizm niż wspierała, prawdopodobnie bez odczuwalnych objawów inicjując zmiany miażdżycowe. Na szczęście nie dałam jej na to zbyt wiele czasu, bo podjęłam nowe działania.
rok 2016
Dobre samopoczucie i poprawa funkcjonowania sprawiły, że zrobiłam test ślinowy na obecność Candidy, łudząc się, że te wszystkie dotychczasowe działania jakoś na nią wpłynęły. Niestety był silnie pozytywny – w całej szklance rozciągały się leje i „tornada”, nie było watpliwości. Postanowiłam więc podnieść alkaliczność mojego jedzenia, żeby jednak dobić tę Candidę – najpierw dołożyłam witaminę C, a niedługo potem zaczęłam pić wodę alkaliczną z jonizatora. Jak się można domyślić przez moment dostałam skrzydeł, wprost rozpierała mnie energia – na tyle, na ile było zasobów do neutralizacji do wykorzystania. Następnie, po jakichś dwóch tygodniach, nagle i niespodziewanie dostałam pokrzywki, czyli organizm po raz kolejny odpowiedział na alkalizację: „nie tędy droga”.
Ale wtedy jeszcze nie wiedziałam, że bezpośrednim źródłem jest niedobór witamin B, i radziłam sobie trochę na ślepo, przez różne eksperymenty powiększając ten deficyt i pogarszając szybko swój stan. Na zdrowe koktajle owocowo-warzywne reagowałam natychmiastową, rozległą, silną i potwornie swędzącą wysypką, po próbach suplementacji magnezu (również z kąpieli, i nawet z dużą dawką B6) wstawałam rano z obrzękiem Quinckego, i w końcu przestałam trawić cokolwiek, tzn. każdy kęs włożony do ust wywoływał jakieś mocno nieprzyjemne objawy (silny ścisk w gardle, kołatanie serca, pokrzywkę, obrzęk Quinckego, przejmujące uczucie zimna, jakby wewnętrznego skurczu). Schudłam do 47 kg, wyglądałam na chorą, nie mogłam jeść, powoli przestawałam funkcjonować. Wtedy dopiero przypomniałam sobie o witaminie B6, i sprawdzając temat w internecie odkryłam, że przyczyną wszystkich moich dołków mogą być właśnie witaminy B. Suplementacja witaminy B6 przyniosła szybką, ale niewielką ulgę – zwiększanie tej suplementacji nie przynosiło dalszej poprawy, wręcz odwrotnie, więc domyśliłam się, że potrzebuję również pozostałych witamin B. Niestety próby przyjmowania kilku tabletek B complex w ciągu dnia (do każdego posiłku) w tym stanie skończyły się moją pierwszą w życiu – za to spektakularną – zgagą, ze względu na substancje wypełniające, które odkwaszały mój i tak niedokwaszony żołądek. Po kilku dniach dramatycznych eksperymentów z próbami jedzenia czegokolwiek (nawet papek jak dla niemowlaka), co mogłabym strawić bez silnych objawów lub zgagi uratowała mnie kasza jaglana – bo jest lekko alkaliczna, bardzo łatwo strawna, odżywcza i dostarcza więcej witamin B niż potrzeba na jej strawienie. Żyłam właściwie na detoksie jaglanym, oczy mi łzawiły, dokuczał pęcherz, gazy, wzdęcia, wypryski, odkrztuszałam żółtą flegmę, język był obłożony – ile jaglanka dostarczała witamin B, tyle szło na detoksykację Candidy, mogłam coś jeść i jakoś funkcjonować, ale poprawa mojego ogólnego stanu nie następowała.
Po dwóch miesiącach takiego dreptania w miejscu i totalnego reżimu jedzeniowego koleżanka z pracy poleciła mi Flavon – naturalny wyciąg z owoców w postaci żelu; jedynym, który nie zawierał zbyt wiele witaminy C, za to dodatkowe witaminy B, był Flavon Kids, dla dzieci i kobiet w ciąży – zaczęłam go jeść ostrożnie po odrobince do posiłków. I stał się cud – po trzech dniach przestały mi łzawić oczy i zaczęłam przybierać na wadze, więc już wiedziałam, że dobrze myślę. Po trzech tygodniach mogłam jeść wszystko bez problemu; miałam wilczy apetyt, przybierałam na wadze, lepiej wyglądałam, zauważałam coraz to nowe symptomy zdrowienia, miałam poczucie, że powstaję z martwych.
Efekt był spektakularny, więc stale zwiększałam dawkę Flavonu, dołożyłam też probiotyki i silniej wzbogaciłam i zalkalizowałam dietę – i co się stało po kolejnych dwóch tygodniach? To co zawsze, siła detoksykacji przerosła możliwości reagowania mojego organizmu, który z nadmiaru zachęt oczyszczał się coraz gwałtowniej – dostałam biegunki, zapalenia pęcherza, koszmarnych wzdęć, bólów krzyża, gigantycznego swędzenia, wreszcie tradycyjnie pokrzywki, obrzęku i problemów z trawieniem. Im więcej Flavonu jadłam, tym silniej detoksykował się organizm i tym więcej objawów się pojawiało, bałam się, że stany zapalne jeszcze się rozszerzą i mnie pokonają (antybiotyk w tym stanie mógł mnie tylko dobić).
Ludzie bez przerostu Candidy na podstawie swojego doświadczenia uznają taki stan za kryzys ozdrowieńczy i sugerują go przetrzymać. Ci z przerostem Candidy, którzy tego doświadczyli, wiedzą, że to nie jest stan, który można przetrwać, przeczekać – nie da się w ogóle funkcjonować, a poprawa nie następuje, jedynie pogorszenie. Candida będzie produkować toksyny tak długo jak tylko będzie to możliwe, bo walczy o przeżycie – tym silniej, im silniej się ją atakuje i zmienia jej środowisko. Czułam się wtedy jak na krawędzi życia i śmierci, u kresu wytrzymałości organizmu. Znowu jadłam tylko kaszę jaglaną, bo wszystko inne znacznie bardziej nasilało objawy, angażując witaminy B do trawienia. Kiedy po raz pierwszy w życiu poczułam ból nerek, zrozumiałam, że sytuacja jest krytyczna. Rozpaczliwie szukając wyjścia z sytuacji, spróbowałam dorzucić do jaglanki odrobinę białka i tłuszczu.To był strzał w dziesiątkę – natychmiast tempo detoksykacji się zmniejszyło, zniknęły najgorsze objawy. Zrozumiałam wtedy, że mogę sterować tempem oczyszczania, i ostrożnie zaczęłam to wprowadzać w życie. Czasami moje założenia okazywały się nietrafione – a to za mocno oczyszczająco zadziałał krem z buraków, a to osłabiło mnie przebywanie na słońcu albo posiłek poza domem, za dużo czegoś albo za mało czegoś. Trudno wiedzieć, jak coś działa, jeśli się tego nie przetestuje, ale często testowanie oznaczało krok w przód i krok w tył. Z drugiej strony, z tego okresu pochodzi cała moja wiedza jak konkretne jedzenie jest trawione, jak bardzo obciąża organizm, a na ile go odżywia, ponieważ na bieżąco, natychmiast dostawałam informacje zwrotne od swojego organizmu. Jak utrafiłam z jedzeniem i ilością B w zapotrzebowanie, to dostawałam na moment skrzydeł, jak z czymś przesadziłam, natychmiast to odczułam w postaci powrotu jakichś objawów, które musiałam na nowo opanować, i tak kręciłam się w kółko. Mój organizm był w tak silnym deficycie witamin B i substancji od nich zależnych, że reagował nadwrażliwie na wszystko.
Byłam już skrajnie umęczona czterema miesiącami walczenia o jakiekolwiek funkcjonowanie, zgadywania co mogę zjeść, odpracowywania przez kilka dni jednego błędnego założenia i życia na krawędzi. Wyglądałam już tak źle, że ludzie podejrzewali mnie o jakąś ciężką chorobę, ważyłam 45 kg i nie miałam już siły na nic. Bałam się wrócić do Falvonu, bo ze względu na witaminę C łatwo go mogłam przedawkować w takim stanie (tj. spowodować nadmierną alkalizację), a nie stać mnie było już na kolejny błąd, więc testowałam samo jedzenie. Czułam, że to ma sens, ale że nie wystarczy mi życia, żeby to rozgryźć i udoskonalić na tyle, aby wrócić do normalnego funkcjonowania. Desperacko potrzebowałam samych witamin B, w jak najmniejszej dawce i bez dodatkowych substancji alkalizujących.
4 lipca 2016
Nie mogąc znaleźć niczego innego w 15 rocznicę pierwszej pokrzywki w geście rozpaczy sięgnęłam ponownie po witaminy B z apteki, zwykłe B compositum – ale dawkowałam je ostrożniej, i tym razem mój żołądek nie zareagował zgagą.
Trzymając się założeń przetestowanych wcześniej (opisanych we wskazówkach) i suplementując witaminy B w ciągu kilku dni pozbyłam się najgorszych objawów. Zniknął obrzęk naczynioruchowy, zmalała pokrzywka, blady opuchnięty język się zaróżowił, zaczęłam przybierać na wadze, zmalały wszelkie objawy po trawieniu, poprawił się mój wygląd i stan skóry. Włączyłam herbatki ziołowe wspomagające trawienie i enzymy trawienne – mój stan stale się poprawiał, ale nadal reagowałam wyraźnym pogorszeniem na silne uderzenie alkalizujące (np. kiedy testowałam witaminy B firmy Solgar – są w dużej dawce, z algami i acerolą). Po 4 tygodniach dołożyłam dodatkowe witaminy B nie występujące w preparatach B compositum (B12, biotynę, kwas foliowy), co przyniosło dalszą poprawę wyglądu i samopoczucia, jakiekolwiek objawy związane z trawieniem pojawiały się już tylko sporadycznie. Po 8 tygodniach moja waga zwiększyła się o 3 kg, zmniejszył się nalot na języku, a wyraźnie słabsza reakcja na alkalizację wskazywała na osłabienie Candidy i wzmocnienie mojego organizmu. Nie mogłam jedynie całkowicie pozbyć się pokrzywki i łzawienia oczu.
Wyniki badań krwi po niecałych dwóch miesiącach suplementacji (od stanu „na umarciu”) okazały się bez zarzutu, lepsze niż miałam kiedykolwiek. Znacznie podniósł się poziom żelaza i hemoglobiny, co utwierdziło mnie w przekonaniu, że suplementacja witamin B jest drogą do samoczynnego uzupełnienia deficytów innych witamin i pierwiastków.
Po 10 tygodniach złapałam pierwszego wrześniowego wirusa i w ciągu kilku dni wróciły stare objawy, z obrzękiem Quinckego włącznie. Byłam załamana, wydawało mi się, że wróciłam na start, że nigdy z tego nie wyjdę. Ale kiedy emocje opadły, dostrzegłam drugą stronę medalu – mój organizm sam zwalczył infekcję, bez lekarstw. A że zużył do tego natychmiastowo wszystkie zasoby, to oznacza, że było ich mało, że dotąd dostarczałam witamin B niemal wyłącznie na bieżące potrzeby, więc mój układ odpornościowy był zagrożony. Wniosek był prosty: wciąż za silnie się oczyszczałam, a za słabo odżywiałam organizm, duża część moich wysiłków nadal szła na neutralizowanie toksyn niepotrzebnie prowokowanej przeze mnie Candidy. Postanowiłam zmniejszyć alkalizację, zrezygnować z ziół i surowizny – wróciłam do zasad z samego początku. I znowu stał się cud – w ciągu kilku dni wróciłam do stanu sprzed infekcji. Żeby bardziej odżywić organizm, włączyłam więcej białka i tłuszczy do diety, i w ciągu miesiąca przytyłam kolejne 3 kg, zbliżając się do osiągnięcia swojej normalnej wagi. Sprawdzałam swój stan, próbując bardziej alkalizować posiłki czy wprowadzać nowe preparaty ziołowe, ale mój organizm nadal reagował na to odczuwalnym pogorszeniem funkcjonowania i samopoczucia.
W grudniu, po pół roku od rozpoczęcia suplementacji, pojawiły się pierwsze symptomy przełomu: przestały mi łzawić oczy, co było jednym z najbardziej stałych objawów, i ludzie zaczęli mi mówić komplementy dotyczące zdrowego wyglądu. Zauważyłam jednak, że tempo metabolizmu spadło i pojawił się cellulit, co oznaczało, że tym razem przesadziłam w drugą stronę z ilością białka i tłuszczy w diecie, więc włączyłam dodatkową witaminę B6.
rok 2017
W styczniu odkryłam, że potrzebuję znacznie mniej snu, budzę się wypoczęta i pamiętam sny, mój organizm zdecydowanie słabiej reaguje na zmiany, a wizyta w saunie parowej energetyzuje mnie, a nie osłabia. Test ślinowy na Candidę potwierdził moje spostrzeżenia: nie było już lejów i „tornad”, tylko trochę kłaczków na powierzchni i na dnie.
W lutym odniosłam kolejne zwycięstwo, pozbyłam się ostatecznie pokrzywki, która lubiła wracać, sporadycznie i w ograniczonej postaci, ale jednak. Sądzę, że pomogło w tym wprowadzenia ziół oczyszczających nerki – najpierw po dwóch tygodniach dostałam zapalenia pęcherza od nadmiaru usuwanych toksyn, potem po miesiącu przestała pojawiać się pokrzywka.
Zachęcona tymi postępami postanowiłam zrobić post jaglany, ale okazało się to złym pomysłem – w trzy dni z nadmiaru alkalizacji zakwasiłam organizm maksymalnie, z pełnym spectrum objawów (wypryski, zaparcia i biegunka, nalot na języku, osłabienie) a kiedy silnie rozbolał mnie żołądek, zrozumiałam, że przy wyczerpaniu zasobów organizmu alkalizacja nie jest właściwą metodą niezależnie od wielkości przerostu Candidy. Bez zapasów substancji koniecznych do neutralizowania toksyn Candidy organizm nie jest w stanie reagować ani na gwałtowny wyrzut toksyn silnie drażnionego grzyba, ani tym bardziej zneutralizować zakwaszenie w nocy, kiedy nie ma bieżących dostaw tych substancji z jedzenia. Pozytywnie natomiast zaskoczył mnie fakt, że mój organizm bardzo szybko się zregenerował po tym doświadczeniu.
W marcu zauważyłam, że drobiny flegmy w odkrztuszanej wydzielinie coraz częściej mają rozrzedzoną postać – nie były już zbitymi ciemnymi grudkami jak przez poprzednie półtora roku. Ograniczył się też wyraźnie biały nalot na języku, obrazujący wydzielanie toksyn przez Candidę. Te drobne zmiany upewniały mnie, że cały czas następuje postęp w samoleczeniu mojego organizmu. Ale nadal każda próba „przyciśnięcia” Candidy przez alkalizację, czosnek czy zwiększenie suplementacji witamin B wcześniej czy później przynosiła pogorszenie samopoczucia, wyglądu i funkcjonowania. Próbowałam wprowadzić inne witaminy i pierwiastki w minimalnej dawce, żeby przyspieszyć ten proces, ale czułam się bardziej zamulona niż odżywiona. To taki paradoks – nie można odżywić organizmu dopóki nie pozbędzie się Candidy, i nie można pozbyć się Candidy, póki nie odżywi się organizmu na tyle, żeby sobie z tym poradził…
Potem przyszło mi do głowy, że tempo odżywiania organizmu zależy od trawienia. Piłam herbatki ziołowe po posiłkach i nie miałam odczuwalnych problemów z trawieniem, ale zdawałam sobie sprawę, że większość witamin B, które dostarczam pochłania Candida, więc sprawność mojego układu trawiennego siłą rzeczy nie może być optymalna. Dlatego w kwietniu włączyłam do każdego posiłku enzymy, tak jak na początku suplementacji. Tempo samoleczenia wyraźnie przyspieszyło. Zrobiłam badania krwi, żeby zweryfikować swoje odczucia. Cała morfologia wyszła ponownie w idealnej normie. Odczyn pH moczu wskazywał na silniejsze zalkalizowanie organizmu, poziom glukozy wyraźnie się obniżył. Próby wątrobowe nadal wyszły w normie, co przy tak dużym obciążeniu toksynami Candidy i permanentnym deficycie witamin B uznaję za duże osiągnięcie – podejrzewam, że stoi za nim ostropest, który codziennie dodaję do śniadania. Poziom żelaza, które zawsze miałam zdecydowanie poniżej normy, wzrósł trzykrotnie! Mój organizm wyraźnie odżył – mimo, że znaczną część tego, co dostawał, pochłaniała Candida. To oczyszczanie i naprawianie było też zresztą widać w podwyższonym poziomie cholesterolu HDL. Przy tak dobrych wynikach badań pozostało mi tylko zrobić test ślinowy na obecność Candidy – potwierdził on, że przerost Candidy to w moim przypadku już historia 🙂
Tym samym jestem dowodem na prawdziwość swojej teorii – suplementując witaminy B i unikając alkalizowania posiłków w ciągu 9 i pół miesiąca pozbyłam się Candidy na skutek samoleczenia organizmu. Być może gdybym na starcie miała tę wiedzę co na mecie, trwałoby to krócej o wiele nieudanych eksperymentów. Ale z drugiej strony mój organizm był bardzo zagrzybiony i wyniszczony nieskończonymi próbami alkalizowania, z powodu braku witamin B aktywującymi układ odpornościowy jedynie do powstawania chorób autoimmunologicznych. Wiem na pewno o trzech ogniskach Candidy w moim organizmie: w jelicie, w górnych drogach oddechowych i w zatokach, bo mogłam ją zobaczyć, kiedy organizm się jej pozbywał. Ile ich było poza tym, pozostanie tajemnicą…
Poniżej podaję parę przykładów jak zmieniły się moje wyniki badań krwi na skutek suplementacji witamin B i pozbywania się Candidy:
Ilość wskaźników morfologii poza normą: przed od 4 do 7, po – 0
Hematokryt: przed zawsze poniżej normy 32,6% – 34,5%; po – 38,2%
Hemoglobina: przed 10,7 – 11,2; po 13,3
Glukoza: przed 96 – 98; po 88
Ph moczu: przed 5,0; po 5,5
Poziom żelaza: przed 34-49; po 131.
Mam powody, żeby przypuszczać, że to dopiero dobry początek wielkich zmian, będę o nich informować na bieżąco.

Advertisements